VI Seminarium Kyudo – Coś osobistego
18.05.2011 | autor: Bozen | zobacz Sobótka - Postscriptum | czytaj Meksykańska salwa | zobacz galerię
Chyba sami nie wierzyliśmy, że może się udać, że kiedyś w przyszłości możemy w tym naszym małym kącie Polski, ale jednak środku Europy, zrobić imprezę, na którą zechce przyjechać ktoś tak znany w kyudo jak John C. Bush.
No i stało się… dzięki pomocy i wsparciu przyjaciół.
I jest nas grupa tak duża, jak chyba nigdy dotąd na seminariach organizowanych przez nasze stowarzyszenie. Miło spotkać znajomych z Polski i Czech, cieszy pojawienie się nowych „kyudo – szaleńców”.
Najpierw trema i niepewność, co się wydarzy, jaki będzie John Bush – legenda, o której właściwie niewiele wiemy, czego możemy oczekiwać od niego i czy on nie rozczaruje się naszymi mizernymi umiejętnościami. W końcu większość z nas nie miała okazji spotkać zbyt wielu sensei – Christiana i Dietharda znamy od kilku lat, wiemy, czego się spodziewać od nich i czego oni oczekują od nas.
Mobilizacja, przede wszystkim – punktualność, dobre przygotowanie!
Na początek ceremonia otwarcia hitotsu mato sharei w wykonaniu sensei. Potem rozpoczynamy trening. Mistrzowie dzielą nas na grupy mniej i bardziej zaawansowanych łuczników, Christian z grupą „najmłodszych” (paradoksalnie wśród nich jest Krzysztof – jeden z założycieli grupy wrocławskiej i nasz pierwszy „nauczyciel”, który teraz mieszka w Szkocji i raczej niewiele ma okazji praktykować kyudo).
John Bush - charyzmatyczny, ale też przyjacielski i wyrozumiały, szybko zauważa popełniane przez nas błędy, koryguje je, po każdej serii strzelania przekazują z Diethardem uwagi, które mają nam pomóc je wyeliminować. Pilnie zapisujemy, czasami niestety po raz kolejny te same wskazówki… John zadaje nam coraz to inne zadania, np. strzelanie w pozycji klęczącej warihiza - z lewym kolanem na podłodze i uniesionym prawym, co uświadamia nam, jak ważna dla strzelca jest stabilna podstawa – dozukuri.
Powoli zmęczenie daje się we znaki… wtedy John proponuje zawody, w których trzy 10-osobowe tachi oddają serię strzałów do jednej tarczy – tempo, konieczność zgrania ruchów wszystkich łuczników w grupie, rywalizacja – wszystko powoduje ożywienie i nowy przypływ energii. Na zakończenie dnia kolejny pokaz mistrzów. Po raz pierwszy mam okazję obejrzeć yawatashi - strzelanie ceremonialne z udziałem dwóch pomocników kaizoe. Kurcze – być kaizoe, to musi boleć! Następnego dnia przede wszystkim ćwiczymy kihontai, każda pozycja, faza ruchu jest omawiana przez Johna, Diethard i Christian poprawiają błędy, Michał tłumaczy z angielskiego powoli (o rany, jak strasznie powoli,… a łuk robi się coraz cięższy) tak, aby wszystko zostało przez nas dokładnie zrozumiane i zapamiętane.
Potem dzielimy się na mniejsze tachi – łucznicy, którzy wkrótce jadą na egzaminy do Paryża ćwiczą sharei pod okiem Johna, średnio zaawansowani – z Diethardem, początkujący nadal z Christianem przy makiwarze. Dzięki takiej organizacji treningu każdy ma szanse jak najbardziej efektywnej nauki. Kolejny i ostatni dzień seminarium szybko mija, mam wrażenie, że za szybko – na zakończenie sharei, w którym jako kaizoe Johna występują Michał i Janusz, to zaszczyt, ale… chyba nikt im nie zazdrości.
Motto, które pozostanie mi w głowie to słowa Johna Busha: "kyudo to musi być kwestia miłości, a nie tylko zainteresowania..."
P.S.
Dziękujemy Johnowi, Diethardowi i Christianowi – naszym mistrzom za poświęcony czas, cierpliwość i bezcenne uwagi. Dziękujemy wszystkim przyjaciołom kyudokom z Polski i Czech za udział w seminarium, za świetną atmosferę i energię. Mamy nadzieję gościć Was w przyszłym roku, znowu w tak licznym gronie i jak zwykle w cieniu świętej góry Ślęży.
Osobiście dziękuję Tomkowi Czujowskiemu, że z nami został, choć strzela już w innym dojo.


