• łucznictwo wrocław
  • ARTYKUŁY - VI. Wrocławskie Warsztaty Kyudo

VI Seminarium Kyudo – Meksykańska salwa czyli Power of Ogasawara Ryu

18.05.2011 | autor: Woytek | czytaj Sobótka - Postscriptum | czytaj Coś Osobistego | zobacz galerię

Kyudo to piękno, harmonia i spokój. Zwłaszcza spokój. Pod tym banalnym określeniem, niczym góra lodowa pod wodą, kryje się cała mistyka, duchowość i głębia tej sztuki. U laika, postronnego obserwatora to spowolnione ruchy kyudoki zwykle wywołują zdziwienie, a często i uśmieszki pobłażania.

- "Ha, ha! Gdybyś, mistrzu, tak strzelał na wojnie..."

Zawieszając głos, w domyśle delikwent pozostawia nas na japońskim polu bitwy śmiesznych i martwych, z niewystrzeloną strzałą, naszpikowanych drewnem niczym jeże przez nieprzyjaciół, którzy nie bawili się w kyudo, lecz strzelali szybko i skutecznie - jak przystało na prawdziwego łucznika-zabójcę. Pozory jednak mylą. Nie każdy kto dzierży nóż jest nożownikiem. Można nim też kroić chleb lub wyrzeźbić w drewnie pietę. Biedak nie widzi, że yumi to nie broń, a narzędzie wewnętrznego rozwoju, doskonalenia i kształtowania osobowości. Bliżej nam z nim zatem do rzeźbiarzy. Tu przeciwnik nie jest celem, cel nie jest przeciwnikiem. Jestem tylko ja i "ya". Spokój zewnętrzny odzwierciedla spokój ducha. I tak ma być.

Cisza towarzysząca kyudo, cisza dojo jest czymś oczywistym. Jest wszechogarniająca. Głęboka koncentracja sprawia, że niczym w półsennym transie wykonujemy ruchy hassetsu. Tylko dźwięk tsuru, uwalnianej strzały i głuche uderzenia w mato przerywają co pewien czas ten stan. Nie są to jednak dźwięki obce ani przykre. Wręcz przeciwnie. Pozostają w idealnej harmonii z całością gestów i zdarzeń. Są częścią tej ciszy. I do tego przywykłem. Moja dotychczasowa wiedza o kyudo nie zakładała innego obrazu.

14 maja 2011 około godziny 14.30 za sprawą Johna Busha obraz ten uległ załamaniu. Po kilkugodzinnej sesji rutynowego strzelania tzw. free shootingu, w czasie której w tejże ciszy rozpinaliśmy swoje ashibumi, a obecni na sali senseie dyskretnie korygowali nasze postawy i ruchy, mistrz Bush zaordynował konkurs strzelania w stylu szkoły Ogasawara. Ani mi, ani zapewne większości z uczestników, niewiele to hasło mówiło. Konkurs jak konkurs. Pewnie parę innych ruchów, mała zmiana w podejściu do shai lub drobny dodatek do klasycznego hassetsu i strzał do tarczy. Cóż może się wydarzyć? Reguły konkursu okazały się zaskakująco proste: trzy drużyny po 10 strzelców każda, wszyscy strzelają do jednej, centralnej tarczy. Różnica, poza drobnymi szczegółami w gestach, polegała na tym, że zarówno wszystkie ruchy, jak i strzały wykonane miały być kolejno od pierwszego do ostatniego zawodnika niczym meksykańska fala: po kolei, jeden za drugim i w szybkim równym tempie: pah, pah, pah, pah, pah...

Po wylosowaniu zespołów do shai podeszła pierwsza dziesiątka. Przypadkowy skład, który nigdy przedtem się nie zetknął, wykonał zaskakująco sprawnie i płynnie całe hassetsu. Przez cały szereg przebiegł, niczym dreszcz, niezwykle widowiskowy efekt fali, łuki wznosiły się raz za razem, a każdy gest w równych odstępach powielany był przez kolejnego strzelca. Fala dobiegła przez uchiokoshi do daisan. Po chwili wszyscy zamarli w kai. Zwielokrotnione napięcie drgało w powietrzu. I wtedy padł pierwszy strzał. W ułamku sekundy zamienił się w gwałtowną lawinę kolejnych - niczym seria z ciężkiego działka. Odpowiedział im nawarstwiający się huk trafień w mato. Trwająca przez parę sekund kanonada wyzwoliła ogromną, nieznaną mi wcześniej energię. Przerwała ciszę. Tego się nie spodziewałem. To była prawdziwa eksplozja i nawałnica. Coś jak przebudzenie i potężny ryk dobrotliwego i spokojnego dotąd olbrzyma. Przez chwilę wibrował jeszcze w powietrzu dźwiękowy zanshin, a na koniec, gdy wygasało echo salwy, dały się słyszeć głośne, spokojne słowa Johna Busha:

- "Very good!".

Kolejne serie i własny udział w tym widowisku tylko wzmocniły wrażenie. Odtąd kyudo brzmi już dla mnie inaczej.